Grałem w Krościenku Wyżnym i bardzo mi się podobało. Ciekaw jestem, czy po wizycie w Niżnym miałbym takie same wrażenia? W końcu to różnica poziomów. Okolica przyjemna, górzysta, chociaż nie przepadam osobiście, bo przesłania perspektywę pozostałych fragmentów większej okolicy. Może też dlatego, że mieszkałem w takich miejscach, które usadowiły się w dolinach. Ludzie w Krościenku mili i zorganizowani w ciepłą obywatelską społeczność, przynajmniej tak ja to widziałem. Bo ja, drogi czytelniku, jestem stwórcą mego świata i tak go widzę, jak sobie pomyślę. Chodzę, rozglądam się i antycypuję, postrzegam, zapamiętuję i modeluję. Dokładnie jeszcze nie wiem, czy pracuję na modelu pierwszego Stwórcy, czy ten wzorzec obiektywnie istnieje, czy to ja swój stwarzam od początku, budując go z napływających do mnie informacji od dnia narodzin. Mój świat jest ładny. Dużo w nim lasów, wody i niebieskich widnokręgów. Wiosek, małych miasteczek z warsztatami szewców i stolarzy. Małych piekarni i targowisk z warzywami z przydomowego pola. Tu zwierzęta rozmawiają ze sobą, ziemia i powietrze pachną, a sady rodzą żółte jabłka z lekkim czerwonym rumieńcem. Tu drzewa dają się przerobić na stoły i krzesła, ale najchętniej na papier, zwłaszcza listowy. Wpadają jednak w panikę, gdy na papierze pojawiają się twarze z kampanii reklamowych i wyborczych. Uważają to za marnowanie ich ofiary, ale przede wszystkim brzydzą się niespójnością tych wizerunków z ich osobistymi, drzewnymi charakterami. Bo jakże trudno wytrzymać fałszywy uśmiech ludzkiej gęby, gdy się jest prostolinijną sosną lub szczerą brzozą. Pociesza ich tylko to, że ci ludzie kiedyś się rozłożą w ziemi, a na tej próchnicy wyrosną młode sadzonki. I to jest właśnie leśna sprawiedliwość dziejowa. Podobnej rekompensaty oczekują od użytkowników mebli. Odpust mają tylko ci, którzy siedząc przy stole płakali, opierając głowę na rękach. Ci siedzący na krzesłach, patrzący sobie z miłością w oczy i ci na łóżkach, którzy fruwają we śnie. Drzewa mają dla nas dużo sympatii i są wyrozumiałe, chociaż traktują nas czasami jak braci mniejszych. Ptaki, natomiast, bywają nonszalanckie. Trudno im się dziwić, skoro widzą nas wiecznie przykutych do ziemi. Psy też nie mają zbyt wielkiego szacunku dla człowieka, skoro na spacerze można Pana (che, che) z łatwością przegonić, a poza tym on nie rozumie, co się do niego mówi. Cóż, gdyby nie ta codzienna miska wszystko by inaczej wyglądało. W moim świecie modne jest ostatnio takie powiedzenie: Natura bez człowieka sobie poradzi, człowiek bez natury nie. To oczywiste, ale jakie wieloznaczne, zważywszy że człowiek jest częścią natury i ma również jakąś swoją naturę. Dobrze było zobaczyć Krościenko Wyżne, bo ono teraz naprawdę istnieje. Jurek, właściciel dworku, Edward, redaktor „Dębiny”, no i ich miejsce na brzegiem Wisłoki, to czyni mój świat coraz większym.
Powroty bywają bolesne. Zwłaszcza gdy było się w lesie, gdzie każdy kwiatek powie wiersze Zosi. Bycie częścią Zaborów czyni człowieka wrażliwszym, spokojniejszym, refleksyjnym. Każdy i każda się dopomina, żeby ich zauważyć, żeby o nich napisać. Wszystko takie rodzinne, bliskie; a to sarna przejdzie drogę, a to bóbr cię ofuknie, że mu przeszkadzasz w pływaniu albo borsuk zdziwiony spyta: - A co ty tak tu siedzisz? Trzeba chodzić, jedzenia szukać! Dla niego zasada świata jest prosta. Pojeść i rozmnożyć się. Dopiero kiedy człowiek pojawia się ze swoją koncepcją, wszystko zaczyna się komplikować. Etyka, moralność, kultura, tradycja i takie tam. Chociaż − patrząc na polityków, widzę potwierdzenie uproszczonej zwierzęcej perspektywy. Pojeść i rozmnożyć się. Wiem, krzywdzę tych realizujących misję, posłannictwo społeczne, ale mi obrzydli jako całość. Zwłaszcza to, jakże ludzkie, uwodzenie, budowanie wizerunku, by zasłużyć na pełne korytko. Bo polityk to w zasadzie zwierzę hodowlane. Działa w stadzie, sprawia wrażenie użytkowego (dowodem są liczone wypowiedzi na konferencjach prasowych i w wywiadach), jest przez nas sumiennie dokarmiane. Tak, łożę na tę hodowlę, żeby się prężyła, prześcigała w roztaczanych przede mną wizjach wiecznej szczęśliwości. Wspieram finansowo, by różne osobniki stawały się gwiazdami, celebrytami mediów, ekspertami, autorytetami od wszystkiego. Patrzę z melancholią na odlatujące żurawie i przypomina mi się przestroga o niedokarmianiu dzikich zwierząt. Uzależniają się i tracą naturalny instynkt. Zupełnie jak z posłami pierwszej kadencji. Może jeszcze nie odkręcać tabliczki z nazwiskiem, może się uda przezimować? Jak, psiakrew, warszawskie łabędzie, które wolą marznące łapy niźli ciepłe kraje. Tam nie ma resztek chleba i spacerowiczów, którzy sypną im żarcie pod dzioby. Mają tylko machać skrzydłami i ładnie wyglądać. Dlatego apeluję – nie dokarmiać polityków! A zwłaszcza ich ego. Utajnić ich wizerunki, nie przyzwyczajać do wysokiej rangi, nie pozwalać na traktowanie tej funkcji jak zawodu. Ich rozgrywki personalne potraktujmy jak zwady byków na rykowisku. Dorodne rogi, siła fizyczna, testosteron i sprawne przyrodzenie. Może to pomysł, żeby sobie porównywali siusiaki i na tej podstawie decydowali, kto ma rację i jest bardziej wiarygodny?
Pies myśli sobie o człowieku: on mnie karmi, pieści, daje mi posłanie, wyprowadza na spacer, pozwala biegać, więc na pewno jest Bogiem. Kot, natomiast, ma odmienną koncepcję: on mnie karmi, pieści, daje mi posłanie, kiedy wracam ze spaceru, więc na pewno jestem Bogiem. Tak, moje kociątka, wypieszczone ma materacyku z mojego włosia i skóry z ekspozycją pożywienia przez cały dzień. Niedobrze. W stadzie je najpierw osobnik alfa, czyli obywatel!
I jeszcze jedna metafora na zakończenie. Ryśkowa stodoła w połowie się zawaliła. Nieremontowana, nieużytkowana, bo pola już nie ma, więc dawno w sobie nie przechowywała plonów i zapasów. Strata niewielka, a korzyści ogromne. Można teraz cieszyć oczy odsłoniętym pięknym fragmentem nadrzecznej doliny z wypiętym brzuchem zaoranej ziemi i grzebieniem lasu z białymi brzozami jak u malarza Jana Zrzawego. Nauka z tego płynie oczywista. Jak się zawali coś zgniłego, to pojawi się nowy, inny, a czasem i piękny obraz.
Głód podróży, ciekawość świata, chęć sprawdzenia, co dzieje się za kolejnym zakrętem drogi, za kolejnym wzgórzem, to powinno charakteryzować każdego wędrowca. I taki był pająk krzyżak z ogrodu u Ryśka. Niestety, był, bo przepadł w czasie swojej ostatniej wyprawy do Warszawy, Wodzisławia i Supraśla. Które z tych miast go uwiodło do tego stopnia, że się tam osiedlił albo, co gorsza, które go zabiło? Radził sobie świetnie, jak zaradny emigrant, dostosowujący się do nowych warunków. Kiedy rano w piątek poszedłem na parking, on już miał zbudowaną pajęczynę między rodzinnym lusterkiem bocznym a samochodem sąsiada. Mam nadzieję, że może jednak siedzi sobie we wnętrzu lusterka, znużony wibracją pajęczyny na wietrze, i jutro znów go zobaczę, grzejącego się w słonku. Darzę go sentymentem, bo mój samochód, no i ja, poruszyciel, byliśmy jego światem, w którym sobie mieszkał. Trochę się zdziwiłem, że po powrocie z Rowów nie wrócił do rodzinnego ogrodu jak przystało na Odysa. Po lekturze zwyczajów pająków zrozumiałem, dlaczego mu nie było śpieszno: po kopulacji samiec szybko opuszcza partnerkę, aby nie zostać zjedzonym. To jasne, każdy na jego miejscu trzymałby się z dala od domu. Stąd wniosek, że nie kierowała nim czysta ciekawość świata. Z drugiej jednak strony, każdy powód jest dobry, by zmieniać miejsca i obyczaje. Dzisiaj w ogrodzie wyczuwa się pewien rodzaj melancholijnego nastroju. Może to za sprawą napierającej jesieni, a może pająki czują zażenowanie z powodu wcześniejszej rozmowy – kilka z nich wykazało obraźliwą niewiarę w Krzyżkowe podróżnicze dokonania. Pocieszające jest to, że syn skakuna, który poprzednio dość niegrzecznie potraktował Krzyżka, teraz chce zostać odkrywcą, jak wujek. Kosarz już zaplanował wędrówkę za rzekę, ale ciągle walczy ze swoją konformistyczną postawą „a co mi tu źle?” i przekłada terminy. W kolonii pojawił się nowy mieszkaniec, który na dobre zmienił światopogląd niektórych. Z transportem duńskich szafek do samodzielnego składania przybył Tygrzyk paskowany. Usłyszał historię wędrówek Krzyżka i zadumał się nad jego dziwnym zaginięciem, jak to Duńczyk, słowami Hamleta, a zwłaszcza nad nieobecną w atlasach krainą, skąd jeszcze żaden odkrywca nie wrócił, czym zaniepokoił młodego skakuna, a kosarza utwierdził w przekonaniu, że tu, gdzie mieszka, jest naprawdę super i nigdzie nie będzie się ruszał. Miejscowa społeczność podejrzliwie przygląda się przybyszowi z protestanckiego kraju z powodu seksualnych obyczajów tygrzyków: Samica wabi samca przed kopulacją za pomocą „poruszania biodrem” i uderzania nicią. Oj, a może Krzyżek to samica, która zeżarła swego partnera?! Czuła się tak smutna i opuszczona, że ruszyła w drogę? No cóż, jestem tylko właścicielem świata, w którym pająk zbudował pajęczynę. Nie będę wpływał na jego system wartości, w końcu sam też jestem w drodze.
czwartek, 17 maja 2012
Licznik odwiedzin: 197 947 (wersja testowa)
| « maj » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||
Autor, kompozytor, piosenkarz, psychoterapeuta.
Ceniona postać polskiej sceny muzycznej. Na estradzie od 1978 roku.
Twórca nastrojowych piosenek opowiadających o codzienności, ludzkim doświadczeniu, widzeniu świata z perspektywy zwykłego człowieka.
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: