Jechałem do Jarocina, Żerkowa i Koźmina na koncerty w szkołach. Po drodze przejeżdżałem przez most nad rzeką Ner. Niby wszystko w porządku, rzeka płynie przez zielone łąki, tyle że wygląda jak prosty kanał. Na pewno meandruje sobie w początkowym odcinku, ale akurat w tym miejscu wygląda jak kanał Gliwicki, zbudowany ręką człowieka. Tego nie powinno się robić rzece. Jeśli sama sobie chce wyglądać jak prosta szosa, proszę bardzo, ale żeby rzeki regulować?! Prostować im koryta, osuszać towarzyszące bagienka, wycinać drzewa i trzciny wzdłuż brzegów?! To jakby przerobić człowieka w robota! Zabrać mu jego wolę i wolność wyboru. Wiem, to wstecznictwo, myślenie jak z „Konopielki”, a tu przecież trzeba nowocześnie. Bo ludzie chcą budować domy na byłych terenach zalewowych.
Bawię się z dziećmi w wymyślanie bajek. Najbardziej twórcze, z nieskrępowaną wyobraźnią, są te z przedszkoli, zerówek i pierwszych klas. Później dostają gotowe modele świata, sprzedawane przez popkulturę i szkołę. Rysunkowych bohaterów, współczesnych herosów. Spontaniczna kreatywność jest wypierana przez gotowe wzorce, wizerunki zachowań i sytuacji. Myślenie magiczne, wolność skojarzeń, powoli przemijają. Świat dziecka od teraz pozostaje pod wpływem zajęć z nauczycielami, którzy mówią, jak świat wygląda i kto wielkim poetą był. Konstruuje go Mini Mini, a później Cartoon Network. Spider Man, miś, który z odrzutowym plecakiem przebija sufity, a później spada na ziemię, odbija się od trampoliny, uderza w mur i wbija się w asfalt. Oczywiście nic mu się nie dzieje, tyle dobrego. Takimi obrazami myślą starsze dzieci, bo przestały korzystać z własnej wyobraźni. Niewielu nauczycieli wspiera naturalne talenty i potencjał. Większość realizuje program dydaktyczny i przygotowuje do wypełniania testów. Mała Iga napisała wypracowanie na cztery strony. Okazuje się, że mniej ważna jest treść, wkład pracy i własne myślenie, decyduje liczba błędów ortograficznych. Regulatorzy rzek i ludzi. Te same pomysły, by czynić sobie ziemię poddaną. Rzeka czasem wyleje, nauczy regulatorów pokory, a dziecko czasem tylko wybije szybę i ściągnie na siebie karę, bo nie ma takiej mocy jak rzeka.
Zanosiło się, że umrę, ale tego nie powinno się robić wiosną. Odchodzić należy późną jesienią, kiedy już wiadomo, że nic nie odwróci nieuchronności zimowej martwoty. Odwodniony byłem, i to wcale nie na skutek walki o historię Polski. Kiedy się leży pod kroplówką, to człowiek zaczyna być ugodowy. Niech już tam będzie historia tylko do I Wojny, a emerytury po 67 roku życia. W którymś momencie oświecony intelekt, co to niby spokojnie przyjmie to, co nieuniknione, odpada. Zostaje tylko drżące ciało, przerażone brakiem pierwiastków i obsesyjnie powtarzająca się sekwencją słów z piosenki Czarka Makiewicza, którą zresztą śpiewamy w duecie na jego płycie: Przyjacielu, ty wiesz, takich chwil nam do życia potrzeba. Istnieją dwie teorie. Makiewicz to demon, który w granicznym momencie zmuszał mnie do śpiewania nie moich(!) tekstów lub, przeciwnie, to anioł, który podał mi swą dłoń, wyciągając z niebytu i roztaczając wizję wspólnego odśpiewania tej pieśni w czasie tegorocznego Mrągowa. Tylko dlaczego tak namolnie i obłędnie? Żeby oddać sprawiedliwość, to uratowały mnie dwie kobiety. Jak dwie Ariadny z Labiryntu. Moja miła i siostrzenica Hanka. Hania jest lekarką, jakich już niewiele, niestety, w tym zawodzie. Sięga poza akademickie paradygmaty do innych koncepcji zdrowia i leczenia, myśli o różnych przyczynach, a nie tylko o skutkach i objawach, a co najważniejsze, emocjonalnie podchodzi do każdego, dając mu przy okazji pomoc psychologiczną. Postawa niezbyt popularna wśród zawodowców w białych fartuchach, dla których angażowanie się grozi wypaleniem zawodowym i niezbyt dobrze świadczy o fachowości. Im wyżej w hierarchii i tytułach naukowych, tym bardziej protekcjonalizm i buta rośnie. Nasza znajoma, wiekowa pani, członkini Towarzystwa Dobrze Urodzonych Panien, tak została powitana na wizycie kontrolnej przez młodego Pana Profesora: a co to się, babciu, stało? Może on wie (na pewno wie!) co robi molekuła kortyzolu w małym palcu u nogi, ale etykę miał chyba tylko na fakultecie. Ja też usłyszałem uwagę niezadowolonego lekarza: a bo trzeba w domu siedzieć, a nie latać po gorącu. Przyznaję, byłem zarośnięty po dwutygodniowym leżeniu, więc mogłem wyglądać jak menel, ale komunikat był wyraźnie do uprzedmiotowianego pacjenta. Moje oburzenie może świadczyć o tym, że tak źle ze mną nie było, skoro się zirytowałem, więc może już przestanę się ekscytować moją przygodą.
Ja to mam dobrze. Nawet jeśli wstanę o niezrozumiałej dla mnie porze, czyli o 4:30, i mam nieodpartą chęć na kapustę kiszoną, to w lodówce ją znajdę. Zasługa to niewątpliwa mojej miłej, która dba o to, by dom był zaopatrzony na każdą ewentualność, jak ekskluzywny dzielnicowy dyskont. Nawet gdyby nas zdradziecko zaatakowała rosyjska falanga, to jeszcze długo po tym, kiedy spadnie radioaktywność, będziemy mieli makaron, pesto, albo inne frykasy. No może, na wszelki wypadek, należałoby dokupić ze dwa kilogramy soli, tak dla pewności. Co mi z tych bogactw, kiedy nie chce mi się z nich korzystać. Nie nęcą mnie kulinarne ekscesy, jak np. kurczak w pomarańczach, bo rozkoszuję się chlebem z pomidorem albo z serkiem topionym. Ja jestem prosty lud. Moje życie zależy od ceny chleba powszedniego. Gdybym miał tę siłę fatalną, by anioły w zjadaczy chleba przerobić. Niech wiedzą ,co to znaczy.
Noc jest nieruchoma, trwa. Poranek ma w sobie obietnicę, potencjał, intencję. Świat na pewno powstawał o świcie. Nocne sny wymieszane z gorączką produkują tytuły: ustawa związków zawodowych w trosce o czystość dżungli. Polityka mnie prześladuje nawet w malignie. Teraz wiem, dlaczego wymiotowałem przez kilka dni. Już nie mogę patrzeć na przewodniczących, prezesów, posłów, polityków, bo mnie mdli.
No to tyle w kwestii zdrowia. Na koniec życzenia dla wszystkich kobiet, tak zgrabnie ujęte w tytule wpisu (też mi się przyśnił).
Doczekałem się Wiosny, w końcu. Teraz tylko trzeba zachować czujność, bo wystarczy Ją z oka spuścić i już będzie pełno liści na drzewach, a w trawie kwitnący mniszek, chociaż przed chwilą pierwsze zielone łodyżki dopiero wyłaziły z zakurzonej ściółki. Ona to robi specjalnie. Czeka, aż się czymś zajmę, oczy spuszczę, patrząc pod nogi albo w ekran komputera, i wtedy zaczyna się rozpychać i wypełniać świat zielonością. Narzekam później, że nie zauważyłem tego Początku, że znowu wykorzystała moją nieuważność. Wkrótce skończą się moje pretensje za sprawą Ogrodu – ostoi dla zwierząt, który powstaje między blokami na naszym Targówku. To dla mnie dobra wiadomość. Będę mógł obserwować wiosenne budzenie się przyrody w każdej chwili, o każdej porze, bez wyprawy do Lasu Bródnowskiego czy nad rzekę Rządzę. Wiadomość ukazała się w stołecznej gazecie. W entuzjastycznym tonie opisano program renaturyzacji przemysłowej dzielnicy. Chciałoby się powiedzieć po targówczańsku: było nie de-naturyzować, to nie trzeba by było teraz re-naturyzować. Na razie jest betonowy plac, ale już za kilka miesięcy gniazdo uwije tu rzadki dzwoniec, wokół słychać będzie rechot żab, a nad łąką z ziołami latać będą motyle i pszczoły. Oj, to dobrze, oj, to dobrze.
Betonowy plac to nie Wimbledon, tylko dwa małe stare korty tenisowe, na których w weekendy rozgrywane były nieformalne spotkania następców Fibaka i Radwańskiej. Stąd dobiegały również nieformalne okrzyki kurrrwa! przy nieudanym zagraniu, więc może to i lepiej, że już w maju usłyszymy tu śpiew ptaków, a może i tupot jeży. - Nie chodzi o wilki czy jelenie - uspokaja pani pomysłodawczyni. Oj, to też dobrze, bo bym się bał o dzieci, że je wilk zaciągnie do swej ostoi, przymuszając do jej podziwiania. I tak, między blokami wyrośnie jarzębina, głóg, dzika róża czy czarny bez, które zwabią łase na ich owoce gile, sikory i dzwońce. Obok powstanie łąka z tradycyjnymi polskimi roślinami, jak krwiściąg lekarski, czyli przysmak motyli modraszków. Z kolei lucerna i facelia zwabią do ogrodu trzmiele. Tym bardziej, że w gimnazjum, do którego ściany przylegać będzie ostoja (!), powstanie pracownia wyposażona w lornetki, lupy, mikroskopy, atlasy, a nawet specjalne pudła do łapania motyli. No i jakaś korzyść z takiego motyla jest, kiedy umieszczony na szpilce, w pięknej gablocie, będzie cieszył oko małego badacza - następcy Miczurina i profesora Pieniążka, którzy być może też tak skromnie zaczynali, by później wpływać stanowczo na rozwój Natury. A wszystko w samym środku blokowiska i za pieniądze producenta jumbo jetów. Oj, tu mam wątpliwości, czy amerykańskie pieniądze zmienią poczucie estetyki, naturalne odruchy i przyzwyczajenia ludzi z „dzielni”. Może zbyt uogólniam i 90 procent mieszkańców z tkliwością i wzruszeniem będzie konstatować, że ptak rudzik jest dość płochliwy i potrzebuje gęstych zarośli do założenia gniazda, ale pozostałe 10 procent będzie leżeć na „tradycyjnej polskiej łące”, gdzie krwiściąg lekarski, śpiewając ochryple „Sto lat”; po frazie „niech żyje naaaam!” następuje rytualne pytanie „a kto?”, wtedy zabrzmi odpowiedź: „rudzik, kurwa, rudzik!”. Poza tym, nie wiem, jak zareagują gatunki, które korzystają z obecności człowieka, czyli „synantropijne i synurbijne”, na nowe miejsce żerowania. Na pewno świeży modraszek lepiej smakuje niż resztki ze śmietników i suchy chleb rozsypany na betonie, a sroki, jak nic, ucieszą się z jajeczek gila i sikory. Czyli slow food zamiast fast. Karcę się za takie myślenie. Człowieku małej wiary – mówię – przecież trzeba jak Eliza Orzeszkowa, czasem. Jak „Dobra pani” i „A.B.C.” i praca u podstaw. Co poradzę, kiedy w tle tego myślenia stoją rezerwaty Indian i Harlem. I próby przeniesienia demokracji do państw, gdzie jeszcze pobrzmiewają echa wspólnoty plemiennej. Żeby zadbać o tablice dydaktyczne w Lesie Bródnowskim należy je zbudować z żelaza i stali, a ławeczki z jeszcze grubszych bali drewna. Nie, lepiej też z metalu, bo drewniane świetnie się palą na koniec towarzyskiego spotkania. W skrócie chodzi o to, że rozrastające się miasto zabija przyrodę i jej różnorodność biologiczną. (…) Ze staropolskiej łąki będą też mogli korzystać dorośli mieszkańcy. – Chcemy, żeby ostoja była dostępna dla wszystkich, choć nie będzie można wprowadzać psów. Dla bezpieczeństwa zamontujemy monitoring.
No, skoro to tylko kwestia monitoringu - już jestem spokojny i popieram renaturyzację. Renaturyzację, ale totalną, w której nie ma miejsca na gatunek zagrażający populacji wszystkich organizmów na Ziemi, czyli Człowieka. To się nazywa ekologia ekstremalna. Oczywiście wykluczam tu metodę myśliwych – selekcjonerów. Żadnej przemocy. Natomiast uświadamianie, praca organiczna i u podstaw – tak! Kto się przyłącza i kto chce wejść z grantem?
czwartek, 17 maja 2012
Licznik odwiedzin: 197 947 (wersja testowa)
| « maj » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||
Autor, kompozytor, piosenkarz, psychoterapeuta.
Ceniona postać polskiej sceny muzycznej. Na estradzie od 1978 roku.
Twórca nastrojowych piosenek opowiadających o codzienności, ludzkim doświadczeniu, widzeniu świata z perspektywy zwykłego człowieka.
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: